Czwartek, 25 Marzec 2010 07:51
amsterdam, 8.III.2010
1/.
Wychodząc na koncert spotkaliśmy na klatce schodowej sąsiada z naprzeciwka. Odezwałam się do niego:
- Musisz głośniej grać, bo chciałabym posłuchać od czasu do czasu.
Sąsiad ma zwyczaj ćwiczyć za ścianą na saksofonie.
- Ja gram z tłumikiem - wytłumaczył się profilaktycznie, w obawie, że robi za duży hałas.
- Wiem, ale chciałabym posłuchać. Nic nie słyszę.
- ...? - sąsiad był zaskoczony moimi nietypowymi życzeniami - ...kiedyś na pewno będzie okazja - zapewnił, upewniony już co do moich intencji.
Pierwszy raz w ogóle mnie zauważył w czasie mijania na klatce i uśmiechnął się, jakby dostał kwiaty od policjanta.
2/.
W sali koncertowej ('wielkiej', a nie 'kameralnej') - nie było oparć pod łokcie przy siedzieniach.
Szkoda. Wyciągnął by się człowiek, od czasu do czasu, przy słuchaniu muzyki.
...ale miejsce na podłokietniki "kosztuje".
3/.
Tuż przed koncertem dostałam od męża cukierek. Na ogół nie jem cukierków, więc bierze tylko dla siebie. Starczyło jednak dla nas obojga z tych, co wziął do kieszeni.
Nawet po dwa cukierki dla nas się znalazły.
Papierki zgniotłam i rzuciłam ukradkiem na podłogę.
4/.
Zaplecze filharmonii zreformowało się od ostatniego razu.
Przez trzy lata megafony informowały o konieczności wyłączania komórek i zakazie fotografowania - podczas jazgotu sali pełnej ludzi.
Nic nie można było zrozumieć z komunikatu - co nie uszło mojej złośliwej notatce swego czasu.
...i zdecydowanym planom wyrażonym wówczas do męża: "Jak bedę chciała, to se nagram - do prywatnego użytku przecież mogę. Każdy tak robi. A zresztą, w zakazie fotografowania chodzi wyłącznie o czas gry pianisty" (żeby się nie peszył, a zwłaszcza nie oślepł od nadmiaru fleszy)
W Święto Walentynek, przed koncertem Pana Daniela Barenboim - zapowiedź poszła wyjątkowo dwa razy. Przed zgaszeniem światła i po zgaszeniu (kiedy to wreszcie osiągnięto jako taki stan ciszy i słyszalność komunikatu). Też nie uszło to mojej złośliwej uwadze i odnotowaniu.
Z koleji, przed długim, długim oczekiwaniem (5 minut) na wyjście Pana Emanuela Axa - komunikat poszedł tylko raz, już wyłącznie przy zgaszonym świetle.
5/.
W czasie pierwszej i drugiej części koncertu zezułam lewego adidasa (w białym kolorze) - to wyciągając nogę, daleko przed siebie, to chowając.
Nikt nie zauważał.
Mogłam nawet - dla wygody - oprzeć nogę o "łokietnik" pierwszego rzędu (faktycznie, rzędu Nr 2 w naszym sektorze), bo akurat szczęśliwie ostatnie, puste siedzenia znajdowały się właśnie przede mną.
...następnym razem może skorzystam (o ile wybiorę się bez męża...).
6/.
Do baru, w czasie przerwy, poszłam wyjątkowo sama.
Mąż stwierdził, że nie ma ochoty iść.
Być może dlatego, że ubrana byłam nie w typie innych słuchaczy: w polarowy dres.
A do tego, krztusiłam się skandalicznie w czasie pierwszej części koncertu.
Kolejka w barze była taka sama, jak w filharmonii warszawskiej - licząc statystycznie ilość osób do jednego baru.
Męża nie było, więc mogłam grasować bez przeszkód.
7/.
Wzięłam więc sobie z baru:
- 2 filiżanki z kawą
- 4 opakowania śmietanki do kawy
- 5 kostek cukru
- kruche ciasteczko
- łyżeczkę
8/.
Z trudem, w zapchanym barze, znalazłam jedyny z dwóch (?) stoliczków przeznaczonych dla stojących gości. Pełen był odstawionych, pustych kieliszków na tacy i obok tacy.
Z niejakim trudem zorganizowałam sobie miejsce i dostawiłam na tacę moje dwie filiżanki z kawą.
9/.
Zanim podnisłam pierwszą filiżankę, już pozalewałam kawą spodki - strasznie mnie popychano.
Do pustych kieliszków po winie wrzuciłam zużyte:
- 4 rozchlapane opakowania po śmietankach - razem z rozszarpanymi wieczkami
- a także opakowania i wieczka luzem
- papierki po 5. kostkach cukru
- ...nie, po 4. kostkach
- ...nie, jednak po 5. ...
(rachuba jest utrudniona, bo w jednym opakowaniu są dwie kosteczki o kubaturze jednej)
- po obstukaniu profilaktycznie łyżeczki o brzeg filiżanki, dostawiłam ją na sztorc do jednego z kieliszków
(szkoda, że nie wziełam dwóch łyżek - były za darmo
...i darmowych saszetek herbaty)
Herbatniczka zjadłam bez moczenia w filiżance - wbrew niejako holenderskiej tradycji. Nie było potrzeby - sam się rozmoczył, zanim zdołałam po niego sięgnąć.
Wkrótce blacik stolika zapełnił się zrzutami od pozostałych gości: zużyte chusteczki higieniczne do nosa, papierki, ogryzek - co kto miał.
Rosło więcej i więcej przede mną brudnych naczyń i odpadków.
10/.
Wyjście na papierosa było zabronione.
Drzwi na zewnątrz zawarte, a przy drzwiach nieugięcie wyglądający portierzy.
Słusznie - jakby to wyglądało, gdyby tłum ludu popalał na ulicy pod filharmonią królewska.
Kultura jakaś musi być.
11/.
Odwiedziłam zatem WC-cik.
Suszarki po 2200 WAT - 50 Hz.
Jazda na całego.
12/.
Gdy wróciłam do męża, podjął już w międzyczasie decyzję:
nie wybierze się na następny koncert.
Mamy wprawdzie już wykupione bilety - ale nie w błękitnym kolorze, w jakim miał gość w długim płaszczu wchodzący przed nami.
Ten gość schował za szybko swój bilet po płaszcz - pewnie nigdy się nie przekonam: co to takiego jest? Czy tak właśnie wygląda bilet z kompletnego abonamentu?
13/.
Mąż spytał, czy nie mogłabym zaoferować jego, wykupionego już biletu któremuś z moich studentów fortepianu (co już zdarzyło się w przeszłości).
- Ludzie nie mają pieniędzy - odpowiedziałam (student zwracał mi wówczas pieniądze za bilet - dla niego specjalnie "zniżkowy" - w trzech ratach) - A kto będzie grał?
- Nie pamiętam - powiedział mąż - chyba Krystian Zimerman.
- Nie ma sprawy, to ja też nie idę - zdecydowałam natychmiast - To takie wstydliwe iść na Zimermana.
14/.
Tuż przed wyjściem z sali koncertowej mąż wręczył mi pogiętą ulotkę Pana Krystiana Zimermana.
- Ale żeś ją pogiął. Nie chcę takiej, wezmę sobie nową - odmówiłam.
- To nie ja, podniosłem tylko z podłogi - wytłumaczył się mąż.
- Tym bardziej z podłogi nie chcę.
15/.
Ogólnie, fajnie było.
Szkoda, że pstryczek na fotkę w komórce nie zadziałał. Słuchacze nagminnie fotografują się ze sceną - mielibyśmy i my pamiątkę.
16/.
Na "do widzenia" nie wręczano, tak jak ostatnio, pudełek z czerwoną różą: "Thank you, Happy Valentine".
(nie wzięłam wówczas, bo napis był niewłaściwy)
Tym razem podawano wychodzącym katalogi programowe - chyba na cały sezon koncertowy. Nie wiem, nie zajrzałam.
Wyjątkowo, wzięłam również i ja. Razem z katalogiem wziętym przez męża będę miała dwa.
(a co! - za darmo)
17/.
W rękach osoby przede mną, mignęła w środku katalogu ulotka Pana Krystiana Zimermana (przed poprzednią wizytą Polskiego Mistrza, nie znaleźliśmy o nim ulotek ani plakatów - a i tak na 4 wieczory koncertu bilety sprzedały się co do ostatniego miejsca).
Tym razem Pan Krystian Zimerman załapał się "na drugiego", pod ulotką innego Mistrza Fortepianu (nie wiem, czemu akurat ulotka z Polskim Pianistą była w błękitno-modrym kolorze?).
18/.
Tak mi się podobało w filharmonii, że aż okulałam na lewą nogę.
Marzenna Donajski
http://SwiatPianisty.pl
Dodaj komentarz