Czwartek, 25 Marzec 2010 07:48
amsterdam, 21 marca 2010, 20:58
1.
Wychodząc na koncert do Królewskiej Het Concertgebouw, spotkałam na klatce schodowej tego samego sąsiada, co w czasie ostatniego wyjścia na koncert. Nie widziałam go od tamtego czasu. Pozdrowiliśmy się serdecznie i z uśmiechem.
2/.
W samochodzie czekał na nas rozlany wokół płyn anty-zamarzający do szyb. Rozlała się butelka z plastikowym, syfonowym spustem. Trzeba było natychmiast otworzyć drzwi. Chciałam jechać z otwartymi, ale mąż zaprotestował. Zapaliłam więc papierosa, przy całkowicie otwartych oknach.
Zapach był wtłaczający powietrze z powrotem do ust. Do czasu dojechania w pobliże parkingów, byłam już całkowicie nieprzytomna od zapachu i braku powietrza zdatnego do oddychania.
Mąż też.
3/.
Przegapiliśmy, jeżdżąc w kółko, kolejno dwa miejsca na parkingu bezpłatnym w niedziele. Zjechaliśmy więc do podziemnego parkingu.
A tam, jak zwykle - kultura. Muzyczka klasyczna w głośniczkach, na powitanie, na poziomie -2 K.
W końcu, to aż za trzy godziny koncertu będziemy płacić - z 15 euro.
4/.
Pozwoliłam więc sobie skorzystać przy tej okazji z windy. Na poziom "zero".
Zatrzymałam nawet zamykające się drzwi przed podbiegającymi słuchaczkami (na oko pochodzenia japońskiego) z biletami do Concertgebouw.
A co, niech wiedzą , że z Polski jestem.
5/.
Przed wejściem do Concertgebouw zapaliłam ostatniego papierosa - potem już nie będzie wolno w czasie przerwy.
Musiałam opierać się o filar - bo płyn do szyb dawał jeszcze znać o sobie.
Obawiałam się trochę, że tłum w eleganckich damskich i męskich pantoflach podepcze mi stopy, ale chwila ta pomagała w docuceniu się przed koncertem. Mąż nieco mnie poganiał, bo chciał jeszcze zdążyć umyć ręce z płynu przed występem.
6/.
W gmachu Het Concertgebouw mąż skierował kroki z miejsca do toalety, a ja liczuyłam wózki inwalidzkie na poziomie zero, czyli na parterze.
- dwa z pasażerami-słuchaczami minęły mnie w barze (na wprost prawie sceny)
- jeden chodzik czterokółkowy widoczny był z tego samego miejsca, pomiędzy rzędami sali na parterze
- i jeden, złożony wózek - na zewnątrz, pod samymi drzwiami do sali
Stał dość daleko od drzwi wejściowych do gmachu i dość daleko od windy.
Zastanawiałam się: Czy zostawił go ktoś ze słuchaczy. Widok taki nie zdziwił by mnie, bo w Amsterdamie często kierowcy wózków inwalidzkich wstają z miejsca i robią zkupy w sklepach.
A może, to zapasowy wózek? - zgodnie z przepisami bezpieczeństwa.
Wózek miał czyste podstawki pod stopy, oraz kółka - które nie widziały nawierzchni ulicy.
"To dobrze - pomyślałam - jak zasłabnę to mogą mnie wywieźć na przystanek, lub do ambulansu".
7/.
Mąż spędził około 5 minut w toalecie. Narzekał, że nadal nie domył zapachu płynu.
- Nie martw się - pocieszałam, bo nieco go frustrował aromat rąk w tak eleganckim wnętrzu.
8/.
Zajęliśmy swoje miejsca, w pierwszym rzedzie, dość odległe za pianistą.
- Nie szkodzi, mnie to nie przeszkadza - znów pocieszyłam niezbyt kontentego z widoku męża.
9/.
Gdy siadałam na fotel, z mojej torebki wypadł długopis, którego zamierzałam używać. Nie podniosłam go. Mam zawsze kilka zapasowych w torebce.
Pani z sąsiedniego sektora pokazała mi moją leżącą własność, a potem jeszcze ze dwie osoby mijające mnie zainteresowały się obiektem, wskazując mi go.
- Tak, tak, wiem. Dziękuję - wolałam nie ryzykować jeszcze schylania się.
Podniosła go starsza pani. Podziękowałam.
10/.
Na scenie stał znowu stary fortepian. Ten na którym ostatnio grał Pan Emanuel Ax, a swego czasu Pan Piotr Anderszewski. Rozpoznałam po obtłuczonej krawędzi przy klawiaturze, zamazanej od pewnego czasu na czarny kolor.
11/.
Podwieszono także mikrofon - podobnie, jak i na koncercie Pana Axa. Mikrofon dostrzegł też słuchacz siedzący za mną. Wcześniej nie było takiej tradycji w czasie recitali pianistów.
Mikrofon zawieszony był jakby jeszcze bliżej instrumentu, niż poprzednio. W odległości około 1,2 metra od górnej krawędzi pudła rezonansowego.
12/.
W międzyczasie dowiedziałam się od męża, że człowiek, który kupił nasze bilety na koncert Pana Krystiana Zimermana, był zachwycony wykonaniami. Aż napisał emaila, aby podziękować z wniebowzięcia.
13/.
Komunikat o niekorzystaniu z kamer i telefonów - aby nie rozpraszać koncentracji artysty - puszczono ponownie dwukrotnie z głośników. Zarówno podczas zagłuszających hałasów na widowni, przy zapalonym świetle - jak i po zgaszeniu światła, w ciszy. Nikt nie miał więc wątpliwości.
14/.
Murray Perahia wyszedł na scenę o godzinie 20:17. Drobne dwie minuty spóźnienia. Sprawdził wygodę taboretu, wysokość i pozycję.
(Od czasu, gdy piszę drugi akapit tej recenzji, zaniepokojony mąż wydzwania bezustannie z Concertgebouw. Wygląda na to, że nie wypił soku w barze, ale przez całą przerwę usiłował się dodzwonić. Nie lubię jednak rozpraszać się w czasie pisania, więc nie odbieram telefonów).
15/.
Murray Perahia rozpoczął - jeszcze w czasie mojej obecności w Concertgebouw - pierwszą kompozycję, Partitę Nr 6 e-moll, BWV 830 J.S. Bacha.
Z dość improwizacyjnym podejściem do relacji czasowych, we wstępie przed fugą. Po pierwszych dźwiękach, drugie arpeggio zabrzmiało jakby niepewnie.
16/.
Konwencja wykonania była dość klasyczna. Mogłaby być interesująca. Poziomowe kontrasty dynamiczne, klawikordowe dotknięcie instrumentu, perfekcyjna artykulacja, duża kultura muzyczna.
Nieznaczne napięciowe różnice dynamiczne, dla podkreślania imitacji motywów, lub plastyczność tematów.
Fuga na stonowanych poziomach dźwięku. Koncepcja strukturalna klarowna, powściągliwa w środkach, skupiona, z rozwijaną kulminacją.
17/.
Niestety...
Dźwięk, pomimo doskonałej artykulacji, docierał do mojego miejsca zamazany. To znaczy, do rzędu Nr 1, Miejsca Nr 34.
Wartości ósemek zlepiały się. Kulminacja poprowadzona od mocno podkreślonych basów do sopranów stworzyła bardziej spektrum, niż zgodną z artykulacją, selektywność brzmienia.
18/.
Fortepian nieprzyjemnie, rozpraszająco buczał. Niezależnie od stylistyki obranej przez pianistę. Dość trudno było skupić się w takich warunkach na przekazie artysty i wynieść z wykonań przyjemność.
19/.
Przy drugiej części zaczęłam znowu lekko się krztusić. Mąż z koleji zaczął hałasować zirytowanym nieco cmokaniem. Do połowy drugiej części partity nic już nie słyszałam z wykonania.
Docierało do mnie jedynie, że pianista gra z należnym szacunkiem dla stylu J.S. Bacha, z dopracowaną koncepcją.
20/.
Jakość akustyczna dźwięku nie ulegała poprawie.
21/.
Przed końcem drugiej części Partity poprosiłam szeptem męża o wręczenie mi jednego z biletów na koncert. Mogłam dzięki niemu wrócić za darmo tramwajem sama. Nie przerywając mężowi słuchania koncertu i nie czekając na niego.
Mąż obawiał się nieco, że mnie nie wypuszczą na zewnątrz. Wyszłam z początkiem trzeciej części Partity. Walcząc z barierą podwójnych, ciężkich kotar nieopodal naszego miejsca.
22/.
Na korytarzu było pełno ludzi, ale byłam jedynym słuchaczem, który opuszczał koncert.
23/.
Portier przy drzwiach wejściowych spytał, czy może mi pomóc.
- Tak, proszę o otwarcie drzwi na zewnątrz.
Otworzył.
Spytał, dlaczego wychodzę.
- Ponieważ akustyka jest skandaliczna - odpowiedziałam.
24/.
Na przystanku znalazłam się o godzinie 20:31. A więc, po niecałym kwadransie od rozpoczęcia koncertu. Jeden bilet na koncert kosztował 56 euro.
25/.
Ciekawa jestem, jakie wrażenia wyniosł Pan Murray Perahia ze swojego koncertu.
Mistrzowie wykonujący recitale w ciągu ostatnich tygodni: Panowi Daniel Barenboim i Emanuel Ax - aż trzymali się fortepianu wstając w przerwach i po koncertach.
26/.
Pojawiła się też nowa tradycja. Strojenie fortepianu w przerwie recitali i ich nagrywanie.
Pan Barenboim wyszedł za kulisy zaraz po pierwszej kompozycji. Wrócił jednak po jakimś czasie. Widać negocjacje, co do przerwy w koncercie, nie doszły do skutku. To tego właśnie wieczoru wręczano gościom na pożegnanie czerwone róże z napisem na pudełkach: "Thank you. Happy Valentine".
Kiepskie recenzje wystawiła Mistrzowi wówczas lokalna prasa, choć walczył po mistrzowsku - jak mało kto - z dźwiękiem instrumentu Steinwaya i akustyką. I mam wrażenie, że załamał się nieco wydźwięk planowanego kilka dni po koncercie wykładu Pana Barenboima, pod tytułem: "Etyka estetyki".
27/.
Od tamtej pory strój fortepianu, trzeba przyznać, znacznie się poprawił. Zwłaszcza rezonujące struny jednego z basowych dźwięków, w czasie wykonań Pana Emanuela Axa.
28/.
Pominę omyłkowy dojazd powrotny tramwajami - wyjątkowo tego dnia o numerach 5 - dwa przystanki tam i zpowrotem. Bez kontrolera.
Po tej krótkiej podróży wsiadłam już ponownie na tym samym przystanku, przed Concertgebouw, we właściwy tramwaj, Nr 12.
29/.
Miejsce też miałam bardzo dobre.
Mogłam widzieć ekran monitora w kabinie kontrolerki. Jak się okazało, jest to obraz z kamer zamontowanych na zewnątrz tramwaju. A więc konduktor też widzi spóźnionych pasażerów - nie tylko kierowca. Szkoda, że nie regują.
Konduktorka mogła za to wykazać się fantazją, zapowiadając kolejne przystanki przez mikrofon. Dla pewności, dodatkowy komunikat, prosty, z nazwami ulic - wygłaszany był też przez głośniki.
30/.
Konduktorka, tylko raz zerknęła na ekran w czasie mojej podróży. Gdy wychodziła drzwiami obok niej, matka z wózkiem.
Potem mówiła sama do siebie, trzymając telefon komórkowy w dłoni, poniżej blatu.
Nie sprawdziła mojego biletu, więc okazał się zbędny. I ja skorzystałam z tego samego, co matka z dzieckiem, wyjścia na kolejnym przystanku. Pomimo, że na barierce przed drzwiami był znak zakazu.
31/.
Nacisnełam guzik. Wyjątkowo zadziałał i zakazane drzwi otworzyły się przede mną.
Stałam wcześniej dość długo przed tym wyjściem, bo jak sie okazało - przejazd zablokował samochod policyjny wraz z kilkoma innych samochodami.
Konduktorka nie przepędziła mnie w tym czasie do innego wyjścia.
- Lubi mnie - pomyślałam - bo zwróciłam na nią uwagę i uśmiechałam się w czasie jej pracy.
*
21:51
Marzenna Donajski
http://SwiatPianisty.pl
Dodaj komentarz